piątek, 7 marca 2014

dwudziesty piąty tatuaż.



„zatańcz ze mną jeszcze raz
otul twarzą moją twarz…”


Wszystko szło jak po maśle. Było to nawet trochę zbyt pięknie, aby mogło być prawdziwe. Bo przecież zawsze jest tak, że jak coś przychodzi nam za łatwo, to znaczy, że coś po drodze zrobiliśmy źle. Albo – co gorsza – zaraz najzwyczajniej w świecie coś się popsuje. Miałam jednak nadzieję, że tym razem ta perfidnie działająca zasada się nie sprawdzi i że już w sobotę, a nie jak to wcześniej planowałam w poniedziałek, będę mogła wrócić do Paryża. Do Loli i Błażeja, którzy mi pomogą, do miejsca, które, mam nadzieję, stanie się moim drugim domem, bowiem wątpiłam, aby stolica Francji wyparła Jastrzębie-Zdrój (a raczej Żory) z pierwszej lokaty w tym rankingu… Tak się jakoś podczas mojej drogi życiowej stało, że to właśnie tu – na południu Polski – czułam się najlepiej, ale jednocześnie wiedziałam, że nie mogę tu dalej żyć. I najlepsze w tym wszystkim było, że odnalazłam je i straciłam przez jedną i tą samą osobę… Pozostało mi więc tylko odebrać pozostałe potrzebne mi do dalszego funkcjonowania dokumenty, pożegnać się z ostatnimi znajomymi, którzy chcieli się jeszcze ze mną spotkać i sprawdzić odpowiednie połączenia samolotem lub pociągiem, bo szynowy powrót do nowego domu też wchodził w grę. I chyba nawet bardziej mnie rajcował, niż latanie w powietrzu…
- Halo, halo, ziemia do Tośki! – Maciej zamachał mi ręką przed oczami, aby tym wyrwać mnie z zamyślenia. – Czyżbyś już przeszła na francuskie wina tak bardzo, że po jednym polskim piwie odlatujesz? – zaśmiał się.
Wychodziliśmy właśnie z naszego ulubionego pubu niedaleko katowickiego Spodka, gdzie zawsze podczas studiów imprezowaliśmy. A że zdarzało nam się to dosyć często, to byliśmy tu już niemal stałymi klientami i to do tego stopnia, że nas rozpoznawano na wstępie. Wiedziałam już z góry, że będę tęsknić za tym miejscem, tak jak i za moim towarzystwem.
- Wybaczcie, panowie, zamyśliłam się – odpowiedziałam, uśmiechając się przepraszająco.
- Powiedz tylko, że odwidziało ci się wyjeżdżanie, a wybaczymy ci wszystko – zaśmiał się Kondziu, ale wiedziałam, że to zdanie również miało drugie, prawdziwe dno.
Bo kiedy powiedziałam im, że wyjeżdżam do Paryża na stałe, od razu zauważyłam, że nie byli zachwyceni tym pomysłem, ale nie suszyli mi jakoś specjalnie głowy o to, abym została w Polsce, starając się zrozumieć i zaakceptować moją decyzję. Musiałam im tylko obiecać, że pozostaniemy w kontakcie i że będziemy się odwiedzać najczęściej, jak się tylko da. Nawet gdyby mnie o to nie poprosili, to nie widziałam innej możliwości, bo to właśnie ta szalona trójka przyszłych magistrów matematyki była jednym z powodów, dla których Katowice i jego okolice stały się dla mnie domem.
- Muszę was rozczarować, ale nie rozmyśliłam się – westchnęłam równie ciężko, co oni. – Po prostu właśnie zastanawiałam się, o której mam ostatni autobus do Żor…
- Odwieziemy cię przecież! – krzyknął Marcin, po czym podrzucił ręce do góry, które po chwili bezwładnie opadły wzdłuż jego ciała, wyrażając tym swoje niezadowolenia, że zwątpiłam w ich rycerskość.
- Przecież macie jeszcze zajęcia – przypomniałam moim byłym już kolegom ze studiów o tym, że w odróżnieniu ode mnie, poszli na magisterkę i mają związane z tym obowiązki. – Poza tym pamiętaj: piłeś, nie jedź! – pogroziłam mu palcem przed nosem.
- E tam, co to jest jedno piwko? – zawtórował mu Maciek, wzruszając ramionami. – Przecież nie takie rzeczy żeśmy robili, nie pamiętasz? – szturchnął mnie w ramię, śmiejąc się.
Spojrzałam na niego i pokręciłam przecząco głową, nie mogąc jednak powstrzymać się od uśmiechu. Był niemożliwy! I w sumie, miał trochę racji, bo wiele głupstw w swoim życiu zrobiłam właśnie z tą trójką.
- No jasne, że pamiętasz! – zaśmiał się Maciek, widząc moją minę i znowu mnie szturchając. – Wiesz, że będzie mi brakować tych naszych głupich pomysłów? – mówiąc to, mina od razu mu zrzedła i nawet broda zaczęła niebezpiecznie drgać, więc pewnie dlatego po chwili już mnie ściskał w swoich ramionach, żebym tylko nie zobaczyła jego łez.
A chwilę później już cała zwariowana paczka przyłączyła się do naszego uścisku. Czekałam tylko aż któryś wyskoczy z Teletubisiami i… miałam rację. Ach, jak ja ich dobrze znam. Kondziu zaczął krzyczeć na całe gardło „Tulimy!”, a po chwili Marcin dorzucił swoje trzy grosze do tego klimatu, mrucząc na okrągło pod nosem „Teletubisie mówią papa”, co po chwili zaczęło mnie cholernie irytować.
- Co wy żeście zajarali, gdy byłam w łazience? – spytałam złowrogo, jednocześnie próbując w jakiś sposób wydostać się z tego kółka zainteresowań, zanim mi któryś kości połamie od tego nagłego przypływu uczuć. – Wiecie, że powinnam się na was obrazić, że nie poczekaliście z tym na mnie? – zaśmiałam się, gdy w końcu jakoś wyswobodziłam się z ich uścisku i spojrzałam na nich bykiem.
- No ej, jesteśmy czyści! – zapewnił mnie Marcin, unosząc ręce w górę.
- Jak łza! – dodał Kondziu, bijąc się ręką w pierś na potwierdzenie swoich słów. Ale chyba coś za mocno się uderzył, bo po chwili zaczął się krzywić i rozcierać owe miejsce.
Kolejny raz w przeciągu kilku minut spojrzałam na nich bykiem, żeby wiedzieli, że jakoś nie wierzę w ich zapewnienia, ale nie miałam zamiaru wdawać się z nimi w jakąkolwiek dyskusję, bo raczej w stanie, w którym się aktualnie znajdowali, ciężko będzie się z nimi dogadać. A o przekonaniu ich do czegokolwiek, to już w ogóle nie byłoby mowy. I spuść tu ich na chwilę z oczu… takie oto są tego konsekwencje.
- No to co, Tośka, podrzucić cię do domu czy nie? – zapytał Maciek, który z nich wszystkich wyglądał na najbardziej trzeźwego.
Pozory jednak mogły mylić, w końcu to właśnie on zawsze z nas wszystkich miał najmocniejszą głowę. Dlatego postanowiłam się jakoś z tego pomysłu wyłgać.
- Ty go lepiej odprowadź do domu, bo on nie wysiedzi na tym wykładzie albo co gorsza odstawi tam jeszcze jakąś manianę i narobi wam wszystkim kłopotu – odpowiedziałam, wskazując głową na Konrada, który jeszcze chwila, a będzie bezwładnie wisiał na ramieniu Maćka.
- W sumie to masz rację – Maciek zgodził się ze mną, zaraz po tym, jak zlustrował Konrada czujnym okiem. – Nie martw się, zajmę się nim. Marcin mi pomoże – dodał, widząc moją minę. – A właśnie, gdzie jest Marcin? – spytał po chwili, rozglądając się na boki, bo nigdzie go nie było.
- Zgubiliście Marcinka? – czknął Kondziu, na chwilę odzyskując kontakt z rzeczywistością.
On to na pewno jednego piwa nie wypił.
- Przecież przed chwilą stał tuż obok mnie – westchnęłam, również zaczynając się rozglądać na boki w poszukiwaniu Marcina. I spuść oko z któregoś z nich choćby na sekundę… Aż strach pomyśleć, co się z nimi stanie, gdy wyjadę. Kto ich przypilnuje, jak mnie nie będzie?
Nie zdążyliśmy jednak nawet rozpocząć naszej mini akcji poszukiwawczej, bo chwilę później za plecami Maćka, który mocował się właśnie ze słaniającym się na nogach Konradem, ale mającym w sobie mnóstwo energii do życia, pojawił się roześmiany od ucha do ucha Marcin.
- Skoro nie idziemy na wykład i nie odwozimy Tośki do domu, to przyniosłem jeszcze po drineczku dla każdego – zaśmiał się, kiedy do nas dotarł, po czym zaczął nam wręczać po butelce smakowego Sobieskiego.
- Jak nas niebiescy dorwą, to ty płacisz mandat za picie w miejscach publicznych – rzucił wściekły Maciek, zapewne mając w pamięci nasze niedawne spotkanie, gdzie prawie wylądowaliśmy na komisariacie.
W sumie to nie był odosobniony przypadek…
- Spokojna twoja rozczochrana – zaśmiał się Marcin, nic sobie nie robiąc z jego gadania. W sumie jak zawsze. Ech, będę tęsknić za sprzeczkami tej dwójki! – No to za nasze ponowne spotkanie, które, mam nadzieję, już niedługo – mówiąc to, wskazał palcem na mnie.
- Ma się rozumieć, panowie! – zasalutowałam przed nimi, po czym obiłam szkłem o szkło. – Fajnie się było z wami znowu spotkać, ale chyba muszę już iść, bo mi ten ostatni autobus do domu w końcu ucieknie i ostatecznie będę musiała spać w parku – westchnęłam po trzech łykach wziętych z gwintu.
- Tym to się chyba akurat nie musisz martwić – powiedział Maciek z dziwnym uśmiechem na ustach i wskazał na coś za moimi plecami.
Obróciłam się więc, bo jego mina nie wróżyła dla mnie niczego dobrego. I miałam rację jakbym normalnie posiadała jakiś szósty zmysł. Na krawężniku za moimi plecami stał samochód Michała, a sam Kubiak opierał się o niego i wyglądał tak, jakby na kogoś czekał. I z każdą chwilą miałam coraz większe obawy, że czeka na mnie…
- Dacie sobie radę z Kondziem? – spytałam, ponownie wracając wzrokiem do chłopaków i starając nie pokazywać, że mnie to w jakikolwiek sposób ruszyło.
- Jasne, nie takie rzeczy się robiło – zaśmiał się Marcin i poklepał mnie po ramieniu.
- Na pewno? Może jednak mam wam z nim jakoś pomóc? – dopytałam, a cała trójka, nawet sam temat naszej rozmowy, czyli Konrad, zaprzeczyli zdecydowanymi ruchami głowy. – W takim razie pozwolicie, że resztę dopiję w drodze do domu? – zapytałam, wskazując na butelkę, którą trzymałam w dłoni.
- O ile pomyślisz przy tym o nas! – zastrzegł Marcin, uśmiechając się zawadiacko.
- Spokojna twoja rozczochrana – zaśmiałam się i poczochrałam go po włosach. – I dajcie mi znać, jak już każdy będzie u siebie.
- Tak jest! – zasalutowali, a przynajmniej ci, którzy byli jeszcze w stanie to zrobić.
A po chwili na nowo zaczęli mnie ściskać. Pewnie wyglądaliśmy w tej chwili jak typowi pijani ludzie, których nagle wzięło na okazywanie sobie uczuć na środku ulicy, ale, o dziwo, umysły mieliśmy całkiem świeże, mimo że zamiast jednego piwa, każdy z nas po kryjomu wypił co najmniej drugie (a znając ich, to na tym się nie skończyło, dlatego tak się teraz zachowują).
- Będzie nam się brakowało… – Maciek prawie załkał, gniotąc przy tym moje kości.
Gdybym miała osteoporozę, chłopaki już dawno by musieli wzywać pogotowie, by wieść mnie na izbę przyjęć ze złamaniami.
- Jak ty się tak wzruszasz po jednym piwie, to ja się boję, co by było, gdybyśmy jednak poszli w tany – zaśmiałam się, klepiąc go po plecach.
- Nie żartuj sobie ze mnie, to poważna chwila jest! – oburzył się.
- A tak właściwie, dlaczego nie zabalowaliśmy? – zastanowił się Marcin, przybierając minę starożytnego filozofa.
Nie było to nic nadzwyczajnego, w końcu w jego stanie myślenie nie przychodziło z łatwością.
- Wykład, Marcin, wykład – rzuciłam z naciskiem w jego kierunku.
- Ach, tak! – ten od razu skojarzył fakty, uderzając się z otwartej ręki w czoło.
- Chyba będziesz miał jeszcze jednego do odholowania – szepnęłam porozumiewawczo do Maćka, choć w sumie nie musiałam nawet za bardzo ściszać swojego głosu, bo do ich świadomości najprawdopodobniej nic już nie docierało.
- Poradzę sobie, jak zawsze – zapewnił mnie Maciek. – A ty? Dasz radę? – zapytał z troską po chwili.
- Ja też. Jak zawsze – odpowiedziałam z mocą, po czym jeszcze raz się z nimi wszystkimi uściskałam.
Uznałam, że to jest najlepszy moment, by zakończyć nasze pożegnania, dlatego przy zapewnieniach, że na pewno sobie poradzą i nie muszę się o nich martwić, ruszyłam w kierunku Michała, biorąc przy tym głęboki wdech. Co prawda, mogłam udać, że go nie zauważyłam i czmychnąć gdzieś po kryjomu, chcąc uniknąć spotkania z nim, ale ja – Antonina Czarnecka – nie jestem tchórzem. Co ma być, to będzie, jestem silna i poradzę sobie ze wszystkim. A przyjeżdżając tu, musiałam brać pod uwagę, że choćbym nie wiem jak bardzo tego nie chciała, kiedyś i tak dojdzie do naszego spotkania oko w oko.
- Co ty tu robisz? – spytałam bezbarwnym tonem głosu, gdy tylko stanęłam naprzeciwko Michała, nawet się z nim nie witając.
- Przyjechałem po ciebie, żebyś nie musiała jechać tym rozklekotanym autobusem – odpowiedział, prostując się.
- A co, jeśli lubię nim jeździć? – spytałam z ironicznym uśmieszkiem.
- W takim razie będziesz miała problem, bo właśnie odjechał twój ostatni ulubiony środek lokomocji – Kubiak zmrużył oczy, również ironizując.
- I co, myślisz, że sobie w takiej sytuacji nie poradzę? – prychnęłam rozzłoszczona, bo jego ironia wyprowadziła mnie na moment z równowagi, którą starałam się zachować w jego obecności.
- Nie o to mi chodziło – zaprzeczył, od razu łagodniejąc – po prostu chcę ci pomóc. I przy okazji z tobą porozmawiać.
- Skąd w ogóle wiesz, że tu jestem? – spytałam, ignorując jego ostatnie zdanie, bo w sumie nie widziałam powodu, aby na nie odpowiadać.
- Chłopaki się wygadali – przyznał, próbując ukryć uśmiech.
- Wiedziałam, no wiedziałam – mruknęłam złowrogo pod nosem, kręcąc głową. – I powiedz tu coś Robowi, to ten zaraz wszystkim wypapla – mówiłam w tym momencie bardziej do siebie niż do niego.
Nie miałam jakoś specjalnie ochoty na przebywanie z Michałem sam na sam. Nie byłam pewna, na ile jestem w stanie być taka niedostępna w jego obecności. Do tej pory udawało mi się omijać go szerokim łukiem i liczyłam, że do czasu mojego wyjazdu tak pozostanie. Dlatego tak mało czasu spędzałam w domu, aby przypadkiem na niego nie trafić. Nawet miałam zamiar wrzucić mu do skrzynki klucze od mieszkania, którym miał się zająć po moim wyjeździe. Tak zarządzając, Zbyszek zapewne liczył, że dzięki temu się z nim spotkam i że może dojdziemy do porozumienia, ale mnie już przestało na tym zależeć. Fajnie, że oni się ze sobą pogodzili, bo naprawdę szkoda by było, aby przez taką głupotę, skończyła się taka przyjaźń, ale ja nie potrafię tak szybko puścić w niepamięć Michałowi to, co zrobił, jak Bartman. Dlatego najchętniej w tym momencie obróciłabym się na pięcie i wróciła do chłopaków, jednak nie chciałam robić wieczornych scen w środku miasta. Poza tym jakiś głosik w głowie mówił mi, że jestem mu winna wyjaśnienia, choćby krótkiej rozmowy. I mimo że uznawałam go za niedorzeczny, to wypadałoby zakończyć wszystkie sprawy, skoro już jestem w Polsce. Tą też.
- Tośka, proszę, tylko te kilkadziesiąt minut, a później dam ci spokój, jeśli tak sobie zażyczysz – z zamyślenia wyrwał mnie głos Michała. – Chcę ci wszystko wyjaśnić, nawet nie musisz nic mówić, tylko po prostu mnie wysłuchaj.
Przyjrzałam mu się z uwagą. Jego wyraz twarzy wyrażał niepewność, zapewne tym, jak zareaguję, ale jednocześnie zdeterminowanie, które nie wróżyło dla mnie niczego dobrego. Znałam go już na tyle dobrze, by wiedzieć, że jeśli mu odmówię, on i tak postawi na swoim, nawet jeśliby miał przy tym zrobić coś, co nie mieści się do końca w ramach normalnych relacji międzyludzkich. Poza tym na dworze o tej porze było już cholernie zimno, bowiem zima naprawdę zaczęła dawać o sobie znać. A jak już przypomniała sobie o Polsce, to nieźle nas wszystkich przypiliła. I to chyba był główny powód, dla którego podjęłam taką, a nie inną decyzję.
- No dobrze, to jedźmy – westchnęłam ze zrezygnowaniem.
Michał już otwierał usta, zapewne by próbować mnie przekonać do zmiany decyzji, nie spodziewając się po mnie takiej reakcji, jednak po chwili je zamknął, zdziwiony, że tak łatwo się zgodziłam na jego propozycję. Chwilę zajęło mu powrócenie do rzeczywistości, a gdy już się ocknął, otworzył przede mną drzwi od swojego samochodu. Zanim wsiadłam do środka, obróciłam się jeszcze i pomachałam na odchodne chłopakom, którzy wciąż nas obserwowali, aby ich uspokoić, że wszystko gra. Michał tymczasem obszedł samochód dookoła i po chwili zasiadł obok mnie za kierownicą.
Najlepsze było to, że mimo iż Kubiak tak bardzo chciał ze mną rozmawiać, to w tej chwili nie potrafił wydobyć ze swojego gardła jakiegokolwiek słowa. Mi ta cisza w samochodzie bynajmniej nie przeszkadzała, wręcz była dla mnie zbawienna. Rozsiadłam się więc wygodnie w fotelu, ściągnęłam czapkę, rozwiązałam szalik i rozpięłam płaszcz, ponieważ ogrzewanie w samochodzie Kubiaka dość szybko zaczęło działać. Bo raczej to nie jego obecność tak na mnie wpływała…
- Zmieniłaś się – stwierdził Michał, łypiąc na mnie kątem oka.
Nie mógł zbytnio oderwać wzroku od drogi, bowiem warunki pogodowe mu na to nie pozwalały. Katowickie ulice, mimo dziur, były jeszcze w miarę przejezdne, ale trasa do Żor z pewnością będzie wymagała od niego nie lada skupienia i uwagi.
- Może w końcu dorosłam? – zapytałam, ale raczej było to pytanie z tych retorycznych, na które nie oczekiwałam usłyszeć odpowiedzi, a już zwłaszcza, aby to on mi ją udzielał.
- Skąd taka nagła zmiana? – zainteresował się jednak. – Nie, żeby mi się nie podobało, ale… przyzwyczaiłem się do starej Tośki i twój nowy wygląd nieźle mnie zaskoczył – wyrzucił z siebie. – Prawie cię nie poznałem, jak weszłaś wtedy do hali…
- Czyli jak wszyscy – zaśmiałam się. – A to był pomysł Loli. Stwierdziła, że skoro zaczynam od nowa, to powinnam to zrobić w pełnym tego słowa znaczeniu. Mi też było się trudno przyzwyczaić, nawet przez pewien czas nie mogłam poznać się w lustrze, ale bez ryzyka nie ma zabawy, czyż nie? Poza tym zawsze mogę zapuścić włosy, jeśli będę chciała. To samo z ciuchami. Umówiłyśmy się z Lolą, że dam sobie trochę czasu, a jeśli potem będę chciała wrócić do starego stylu, to zwyczajnie to zrobię – wzruszyłam ramionami. – Nikt nie będzie miał mi tego za złe, w końcu to moja sprawa, jak wyglądam i co robię.
Bo tak właśnie było. Odkąd pamiętam nikomu nie pozwalałam za siebie decydować i to w każdych, nawet najbardziej błahych sprawach. Pamiętam na przykład, jak kłóciłam się z mamą, że nie pójdę do przedszkola w tym, w co ona chciała mnie ubrać. A miałam wtedy może ze… hm, cztery lata? Tak, już wtedy charakterek dawał o sobie znać.
- I naprawdę opuszczasz nas na stałe? – Kubiak po chwili zapytał mnie o to z wyczuwalną ostrożnością.
- Michał, ja nigdy w takich sprawach nie żartuję – uśmiechnęłam się kwaśno. – Co prawda nie wiem czy na stałe, bo nigdy nie wiadomo, gdzie mnie życie wywieje, ale na pewno na dłużej – wyjaśniłam spokojnie.
- Dlaczego? – zainteresował się nagle. – Przecież jeszcze nie tak dawno mówiłaś, że wreszcie znalazłaś swój dom… – drążył temat, wpatrując się w mój profil.
- Najwidoczniej zmieniłam zdanie, w końcu tylko krowa nie zmienia swoich poglądów – wzruszyłam ramionami. – Poza tym może ja zwyczajnie nie umiem dłużej usiedzieć w jednym miejscu? Może muszę jeszcze czegoś poszukać? Czegoś, co da mi szczęście w życiu? Nie pomyślałeś o tym? – spojrzałam na niego po raz pierwszy, odkąd ruszyliśmy w stronę Żor.
- Tyle, że ja nie chcę, abyś wyjeżdżała – rzucił po chwili, ignorując moje pytania.
- No cóż… – zawahałam się przez chwilę. – Na szczęście ty nie masz w tej sprawie nic do powiedzenia.
- Tosia, ja wiem, że ostatnio zachowywałem się jak ostatni imbecyl… – zaczął.
- Przez grzeczność nie zaprzeczę – wtrąciłam, uśmiechając się pod nosem z satysfakcją.
- …ale naprawdę chcę to naprawić – ciągnął dalej niezrażony moim wtrąceniem. – Przemyślałem sobie wszystko, zwłaszcza moje ostatnie zachowanie i wiem, że nie postępowałem wobec ciebie fair, że cię raniłem moimi słowami i czynami. Nie chciałem tego, a mimowolnie to robiłem. Dotarło do mnie, że jak zawsze miałaś rację, ze wszystkim, a ja byłem głupi i cię nie słuchałem, choć powinienem. I teraz mam za swoje – pokajał się. – Ale postanowiłem to wszystko naprawić i dlatego…
- Cieszę się, Michał, że poszedłeś po rozum do głowy – przerwałam mu, mając już dość jego gadaniny, która i tak niczego nie zmieni – naprawdę się z tego cieszę, ale…
- Daj mi dokończyć – niemalże warknął na mnie, przerywając mi. Pokiwałam więc nieznacznie głową, pozwalając mu dalej mówić, zaskoczona jego gwałtowną reakcją. – I właśnie dlatego uporządkowałem swoje życie. Pogodziłem się ze Zbyszkiem, zerwałem z Justyną…
- Wiem – odpowiedziałam spokojnie, patrząc tępo przed siebie w przednią szybę i przerywając mu po raz kolejny, mimo że mógł przez to wpaść w szał.
Ale nie wpadł.
- Skąd wiesz? – zdziwił się i spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczyma.
- Przecież dobrze wiesz, że chłopaki nie potrafią utrzymać języka za zębami i informacje między nimi rozchodzą się w zatrważająco szybkim tempie – uśmiechnęłam się pod nosem. – Poza tym rozmawiałam ze Zbyszkiem na temat mieszkania i nawet jeśliby mi nie powiedział, że zakopaliście między sobą topór wojenny, to bym się z miejsca domyśliła, że tak się stało, bo znów stał się twoim adwokatem. Ale niestety dla ciebie, nie jest już tak dobry jak kiedyś – dodałam. – Albo to ja zmądrzałam? – zastanowiłam.
Michał przez chwilę tylko się we mnie wpatrywał, nie bardzo wiedząc, co ma mi na to odpowiedzieć. Po chwili jednak chyba przypomniał sobie, że właśnie próbuje się przede mną wytłumaczyć ze swojego ostatniego zachowanie. Swoją drogą, to na razie niezbyt mu to wychodziło…
- Tosiu, ale ja naprawdę żałuję. Nie umiem sobie wybaczyć, że tak cię traktowałem – powiedział z dobrze wyczuwalną skruchą i chyba nawet pociągnął nosem dla wzmocnienia efektu. – I naprawdę cię przepraszam za wszystko, co zrobiłem. Przecież wiesz, że ja zawsze najpierw mówię, czy robię, a dopiero potem myślę…
- Wiem, przecież ja robię podobnie – uśmiechnęłam się pod nosem. – I właśnie dlatego przyjmuję twoje przeprosiny. Ale to i tak niczego nie zmienia.
- Jak to? – powiedział zaskoczony, wpatrując się we mnie szeroko otwartymi oczami.
- Patrz na drogę – upomniałam go, bo właśnie wjeżdżaliśmy w lasy, gdzie było niesamowicie ślisko, a ja nie miałam zamiaru wylądować w rowie. – To, że ci wybaczyłam, nie znaczy, że zapomniałam.
- Wiem, że to nie jest takie proste – szepnął – ale pozwól mi to naprawić.
- Michał, przykro mi, ale naszej przyjaźni nie da się już naprawić – odpowiedziałam ze smutkiem, bo naprawdę było mi przykro, że tak to wszystko się potoczyło. – Jej już po prostu nie ma. Czasami się nawet zastanawiam, czy w ogóle kiedykolwiek była…
- Co ty mówisz? Tosia, nie pozwalam ci tak mówić! – oburzył się, potrząsając mną za ramię. – Wiem, że ostrzegałaś mnie przed Justyną, a ja i tak robiłem, co chciałem, traktując się jak nieprzyjaciela, a nie osobę, która chce dla mnie jak najlepiej, ale…
- Patrz na drogę! – krzyknęłam, przerywając mu po raz kolejny. – Poza tym, Michał, to nie o to w tym wszystkim chodzi. Ja nigdy nie chciałam, abyś robił to, co ci każę, bo przecież nie na tym polega przyjaźń. Chciałeś być z Justyną, mimo moich słów, to twoja sprawa. Każdy musi popełnić w życiu swoje błędy i mnie nic do tego, ja ich przecież za ciebie nie popełnię. Przyjaciel jest od tego, aby powiedzieć drugiemu przyjacielowi to, co o tym myśli, prosto w oczy, a co on z tym zrobi, to już jego sprawa – wzruszyłam ramiona. – Mnie się twoja dziewczyna może nie podobać, ale to nie ja będę z nią dzieliła życie.
- To w takim razie, o co chodzi? – spytał Kubiak, niewiele z tego rozumiejąc i patrząc na drogę, jakby bał się, że znów na niego nakrzyczę, ze tego nie robi.
- Jak ty niczego nie rozumiesz… – westchnęłam ciężko, kręcąc głową. On zawsze miał problem z kojarzeniem faktów, ale ostatnio już przechodził samego siebie. – Chodzi o to, że w pewnym momencie przestałeś mi ufać. Przestałeś traktować mnie jak przyjaciela, a zacząłeś we mnie widzieć wroga. Przestałeś wierzyć moim słowom, które mogłyby nawet wydawać ci się najbardziej niedorzeczne, ale jednak powiedziałam ci je ja, osoba, której zawsze zależało na twoim szczęściu. Tu nie chodzi konkretnie tylko o Justynę, ale skoro już o niej rozmawiamy… – tłumaczyłam mu to powoli, by zrozumiał, mimo że z każdym kolejnym zdaniem było mi coraz ciężej. – Gdybyś jeszcze był w niej zakochany, to mogłabym to zrzucić na kark miłosnej ślepoty, która cię dopadła, ale sam nie potrafiłeś określić tego, co do niej czujesz. Do dziś nie rozumiem, dlaczego z nią byłeś. Może ja nie jestem święta, też miałam w życiu kilka związków bez miłości, ale nigdy nie byłam w takim, jak twój z Justyną… Dlatego nie potrafię zrozumieć, jak mogłeś nie sprawdzić tego, co ci o niej mówiłam – zapytałam.
- A co ty byś zrobiła na moim miejscu, co? – zainteresował się, myśląc, że tym pytaniem zabije mi klina. Niedoczekanie jego.
- Na pewno nie to co ty – odpowiedziałam, nie dając się wyprowadzić z równowagi. – Wyobraźmy sobie coś takiego. Nie wiedziałabym, że Simon ma żonę i ty mi o tym mówisz. Jestem w nim szaleńczo zakochana i nie wierzę w ani jedno twoje słowo, ponieważ Simon tak, jak Justyna ciebie, przekonał mnie, że zależy ci tylko na tym, aby zepsuć nasze szczęście. Może i z początku zareagowałabym podobnie, bo tak jak ty, mam dość porywczy charakter, ale na pewno sprawdziłabym tą informację. Porozmawiała z Simonem, popytała ludzi, a nie wierzyła ślepo w jego niewinność. Ty jednak wolałeś zrobić inaczej…
- Ty zawsze byłaś bardziej rozsądna ode mnie – stwierdził, gdy skończyłam, kiwając przy tym głową. – Ale to był ostatni raz, naprawdę, już nigdy więcej nie popełnię takiego błędu. Obiecuję! Dlatego proszę cię, nie wyjeżdżaj, pozwól mi to naprawić…
- Tego się nie da naprawić, Michał – powiedziałam, po czym znów spojrzałam w krajobraz za przednią szybą.
Musiałam twardo stać przy swoim, mimo że moje serce z każdym kolejnym jego słowem powoli topniało i to do tego stopnia, że nawet chciało, abym dała mu kolejną szansę. Ale podczas naszej znajomości Michał zmarnował już niejedną okazję, którą mu dałam, nie mogłam więc pozwolić, abym kolejny raz uwierzyła, że to się może udać. Ta nadzieja, którą się karmiłam, że kiedyś dotrze do niego, że go kocham, mnie zniszczyła, musiałam więc z tym skończyć. Nie jestem aż tak skończoną masochistką, aby w dalszym ciągu sobie na coś takiego pozwalać.
- Tośka, ale mi na tobie naprawdę zależy – szepnął Michał. – Nawet nie wiesz jak bardzo, ja…
- Misiek, on jedzie prosto na nas – powiedziałam, nie słuchając w ogóle, co do mnie w tym momencie mówi, bo właśnie samochód, jadący z przeciwka, wydał mi się podejrzany.
A raczej tor, po którym się poruszał. I mimo że w tych warunkach pogodowych nie była to jakaś zatrważająca prędkość, nie wróżyło to niczego dobrego.
- Nie przerywaj mi, bo jeśli ci tego teraz nie powiem – oburzył się – to nigdy…
- Ale Michał, on jedzie prosto na nas! – niemal krzyknęłam, upewniając się, że nie mam zwidów.
- Tośka, bo ja… CO?! – spytał po chwili, gdy dotarł do niego sens moich słów. Można powiedzieć, że wreszcie!
Wszystko, co się potem wydarzyło, działo się tak szybko, że ledwo nadążałam z rejestrowaniem wydarzeń. Michał zaczął kląć i trąbić, gdy tylko spojrzał na drogę i zobaczył, co się dzieje, ale facet siedzący w samochodzie, jadącym z przeciwka, już nie panował nad tym, co się dzieje. Wpadł w poślizg, a najgorsze było to, że Kubiak próbując jakoś uniknąć zderzenia z nim, również przestał panować nad kierownicą naszego samochodu. Wtedy dotarło do mnie, że zderzenia nie unikniemy… Powszechnie się mówi, że w takich momentach przed oczami przelatuje ci całe życie, ale moje najwidoczniej nie było na tyle dobre, abym w momencie spotkania się ze śmiercią miała co z niego wspominać, bo nie miałam żadnej specjalnej projekcji, za wyjątkiem… za wyjątkiem chwil, które spędziłam z Michałem. Od tego, jak się pierwszy raz spotkaliśmy, gdy nas Błażej sobie przedstawiał, aż do dzisiejszego dnia. Uświadomiłam sobie, że cokolwiek bym nie zrobiła, gdzie bym nie uciekła i jak bardzo się tego wypierała, to i tak zawsze będę kochać tylko jego, że to właśnie on jest miłością mojego życia. Mogłam próbować się oszukiwać, ale to niczego nie zmieniało. Może i Michał jest idiotą, nie dostrzegającym mnie, ale… miłość podobno jest ślepa. I moja właśnie taka była. A gdy w pewnym momencie poczułam, jak Michał łapie mnie za rękę, chcąc tym dodać mi otuchy, pokazać, że jesteśmy w tym bagnie razem, wiedziałam, że zrobiłabym wszystko, aby nic mu się nie stało. I pewnie dlatego ręką, za którą nie trzymał mnie Kubiak, pociągnęłam gwałtownie kierownicą…
- Wiem, że to nie odpowiedni moment, ale kocham cię Tośka – Kubiak prawie krzyknął, abym wśród wszystkich dźwięków, jakie teraz przecinały powietrze w lecie tuż przed wjazdem do Żor, tylko jego usłyszała.
W pierwszym momencie nie dotarł do mnie sens jego słów, bowiem bardziej moją uwagę przyciągał niechybnie zbliżający się w naszą stronę samochód, ale kiedy zrozumiałam, co powiedział, poczułam się spełniona. Łzy zebrały mi się pod powiekami, zabrakło mi tchu, zapewne ze szczęścia, bowiem stało się właśnie coś, na co czekałam tyle czasu, mimo że to nie był najlepszy moment mojego życia. Usłyszałam to, co tak bardzo pragnęłam usłyszeć z jego ust, że aż wydawało mi się być to nierealne…
- Też cię kocham, Michał – szepnęłam, ściskając jego dłoń.
A potem nastąpiło uderzenie. Niby byłam na nie przygotowana, jednak poczułam się zaskoczona, jakby stało się to nie z tej strony, z której się spodziewałam. Gwałtownie poleciałam do przodu i gdyby nie pasy, na pewno wyleciałabym przez przednią szybę. Po chwili poczułam ból głowy, w klatce piersiowej… praktycznie wszędzie. Ale czułam się wspaniale, bo wiedziałam, że Michał mnie kocha. I jeśli miałam już nigdy więcej nie otworzyć oczu, byłam szczęśliwa.
Ostatnie, co zobaczyłam, to światło, a później moje powieki stały się ciężkie. Jeszcze chwilę w uszach dudnił mi huk towarzyszący zderzeniu się dwóch pojazdów i dźwięk klaksonów, a później nastąpiła już tylko ciemność…



________________________

Wiele z Was pod ostatnim rozdziałem pisało w komentarzu, że skończyłam nie w tym momencie, w którym powinnam. Stąd pewnie moje obawy przed dodaniem tego rozdziału, jak zareagujecie na takie zakończenie oraz jaka będzie Wasza reakcja na taki ciąg akcji. Ale wiecie, opowiadanie szanownej_ bez dramatu nie byłoby moim opowiadaniem – musieliście więc być na to przygotowani. :) Pozdrawiam serdecznie też obydwa teamy - Team Michał i Team Simon. Obydwóm wam kibicuję, aby skończyło się to po Waszej myśli ;)
Liczę jednak, że będziecie dla mnie łaskawi. Do napisania niedługo, oby wcześniej niż ostatnio. Pozdrawiam i wszystkim kobietom składam najlepsze życzenia z okazji naszego jutrzejszego święta! ~L.